piątek, 25 września 2015

Oglądanie dobrych filmów nie boli - Frida

Rok 2002 może wydawać się dla wielu z nas niewypowiedzianie odległy. Nie ma się czym martwić, są przecież ludzie, którzy dopiero po tej dacie postanowili się urodzić (!), co więcej być może są to wasi przyszli mężowie/żony. Czas leci, ludzie się starzeją, a filmy sprzed 13 lat stają się filmami sprzed 15. Dziś, wczesnym rankiem postanowiłam obejrzeć Fridę w reżyserii Julie Taymor.

Kim była Frida? Słynną, meksykańską malarką, tworzącą obrazy inspirowane folklorem i tradycją Indian. Była szczególnie znana ze swych autoportretów. Tworząc je, mówiła „maluję siebie ponieważ najczęściej przebywam w odosobnieniu i znam dobrze obiekt, który uwieczniam” Urodziła się w roku 1907, umierając w roku 1954 w wieku  47 lat. Doświadczona przez życie, borykając się w ciągu niego z wieloma chorobami i kochankami. Ot! Prawdziwa artystka z krwi i kości.

A film? Główne role przypadły w tym filmie Salmie Hayek i Alfredowi Molina, ale tego dowiecie się z napisów w czołówce. Chciałabym przejść do czegoś, co jest dla mnie najważniejsze - moich wrażeń, a te przyznam są bardzo pozytywne. Można powiedzieć, że filmy biograficzne to bułka z masłem, no bo jak można zepsuć idealnie filmową biografię, a wierzcie mi można. Znam wiele przykładów z autopsji. Nie martwcie się jednak na zapas, Fridę polecę Wam bardzo chętnie. Za kostiumy, kolory, aktorów, scenariusz i wyczuwalny podczas oglądania filmu zapach rewolucyjnego Meksyku. Ekranizacja bardzo dobrze prezentuje życie Fridy, tworząc tym samym zarys społeczno- polityczny kraju na początku XX wieku. Warto wybrać się do wypożyczalni (ktoś tak jeszcze robi?), można również do wirtualnej i wybrać Fridę. Myślę, że piątek nadaje się do tej przyjaźni idealnie, no chyba, że macie zamiar wyjść na piwo. Decydujcie. Boję się, że nawet największa sztuka rzegra z kuszącym smakiem zimnego piwa, w towarzystwie znajomych.

Tymczasem 8/10.